AI nie musi być lepsze od rysownika. Wystarczy, że czytelnikowi będzie wszystko jedno
Czy czytelnika naprawdę obchodzi, kto narysował komiks?
Dostałem ostatnio komentarz od człowieka, który napisał, że
nie jest rysownikiem, jest za to scenarzystą. Otwarcie przyznał, że generuje
komiksy z pomocą AI, bo nie stać go na rysownika, a dzięki AI jego historie
wychodzą na światło dzienne.
W pierwszym odruchu myśl, jaka wyjechała mi z głowy? Ujmijmy
to delikatnie – nie byłem zachwycony. Sens miała mniej więcej następujący:
– No i się zaczęło. Początek końca. System rozwalany od
wnętrza przez samych twórców. Ironia? Hipokryzja? Wkurw niepojęty.
Po jakiejś chwili jednak głowa mi trochę ostygła i… Czytaj dalej jeżeli leży ci na sercu ta kwestia.
I to jest bardzo ciekawy temat. I nie pod kątem tego, czy
autor takiego tworu ma prawo nazwać siebie twórcą komiksu. Bo patrząc
zero-jedynkowo, ma do tego prawo. AI to w końcu kolejne narzędzie, póki co w
ręku człowieka, który chce osiągnąć jakiś cel.
Z podkreśleniem na: póki co w rękach człowieka, bo kto wie,
kiedy człowiek w tej układance przestanie odgrywać kluczową rolę. Ale co tam,
twórca historii człowiekiem jest? Jest. Czy komiks w rezultacie jego działań powstał? Tak, powstał. Może więc się nazwać na przykład moderatorem narracji sekwencyjnej.
Nie zmienia to faktu, że dożyliśmy czasów, kiedy medium, jakim jest komiks,
jest realnie zagrożone i to dosłownie z każdej strony.
I teraz należy zadać pytanie, które ma możliwie najwięcej
sensu.
Prawdziwe pytanie brzmi: czy odbiorcę będzie obchodziło, kto ten komiks narysował? Lub nie narysował?
My, twórcy, czytaj: rysownicy, bardzo chcielibyśmy wierzyć,
że tak, że jednak odbiorcę obchodziło będzie. Że czytelnik widzi różnicę między
planszą stworzoną przez człowieka a obrazkiem wyplutym przez algorytm, który
wcześniej został nakarmiony naszą twórczością.
Że interesuje go autor, jego kreska i sposób prowadzenia
narracji, indywidualny sznyt i cała reszta przymiotów, za które przez pokolenia
ceniło się komiksy tego czy innego artysty. Że ręczna praca ma dla odbiorcy
wartość.
No właśnie. Chcielibyśmy bardzo, by tak było.
Tylko czy przeciętny czytelnik naprawdę się nad tym
zastanawia?
Nie piszę o kolekcjonerze, który zna nazwiska rysowników,
rozpoznaje style i potrafi przez pół godziny dyskutować o sposobie kadrowania.
Piszę o zwykłym odbiorcy, który bierze komiks do ręki, bo spodobała mu się
okładka albo temat.
Jeżeli historia będzie wciągająca, obrazki efektowne, a cena
niska, to czy będzie go obchodziło, że nikt tego tak naprawdę nie narysował?
Nie jestem przekonany i to mnie przeraża, bo to cholernie niewygodna myśl.
Konsumpcja treści i jej monetyzacja może mieć w dupie proces
twórczy, który już się odbył. Nie ma wpływu na doznania, które dzieją się już
potem.
My możemy w naszym środowisku rysowników komiksów czy
scenarzystów wzajemnie klepać się po plecach i opowiadać, że prawdziwa sztuka
zawsze się obroni. Bardzo ładne, cieplutkie zdanie. Można je wydrukować,
oprawić i powiesić nad biurkiem. Rynek jednak ma wyjebane na nasze wzniosłe
przekonania lub raczej wierzenia, bo chcąc być świadomym realistą, tak to
raczej trzeba nazwać.
Rynek da ludziom dokładnie to, co będą chcieli kupować, i
znowu. To mnie przeraża.
A z drugiej strony. Czemu by niby miało mnie to przerażać,
skoro od zawsze sami tak robimy? Czyli dajemy naszym odbiorcom to, czego
potrzebują, lub sami sprawiamy, by potrzebowali właśnie tego, co chcemy im dać?
Jeżeli odbiorcy uznają, że pochodzenie obrazu czy treści nie
ma znaczenia, to wydawca, czyli między innymi taki ja, szybko policzy, że
zamiast płacić rysownikowi czy scenarzyście – w moim przypadku zamiast się
męczyć i rysować – może wygenerować publikację w tydzień. Następnie wrzucić ją
na rynek i tylko patrzeć, jak kapie kosiorka.
Kusząca wizja łatwej drogi do rezultatu.
Okej. Mnie powstrzyma moja ambicja, chęć tworzenia pomimo
potencjalnych strat. Ale reszta nie będzie miała takich zbędnych hamulców.
Nazwą to optymalizacją procesu albo demokratyzacją sztuki czy po prostu z dumą
stwierdzą, że to nowoczesna forma komiksu. Kolejny naturalny krok w ewolucji
danej dziedziny. Każde gówno można przecież ładnie nazwać, trzeba tylko
zatrudnić odpowiedniego specjalistę od komunikacji. Albo po co zatrudniać,
skoro nie trzeba było zatrudniać rysownika.
I co wtedy?
Będziemy krzyczeć na fejsach, że człowiek włożyłby w planszę
emocje? No co wy, puknijcie się we łby. AI wygeneruje tam dokładnie takie same
emocje albo i lepsze, niż myślicie, wystarczy kilka dobrych promptów. Miśki
kolorowe, wtedy będzie już za późno. Komiksy to se będziemy rysować
hobbystycznie, dla relaksu.
Dzisiaj mamy jeszcze chwilę czasu, by to poukładać we
własnych zadufanych głowach, ale przede wszystkim w głowach ludzi, którzy płacą
nam za naszą robotę.
Trzeba sprawić, żeby zarówno inwestorzy, jak i zleceniodawcy
czy wydawcy, ale też czytelnicy, uznali ludzką autorskość za kluczową wartość i
obowiązkowy element.
Jak mąka w chlebie, autorskość musi stać się totalną bazą
dla każdej książki, komiksu, ilustracji. Sami konsumenci powinni się tego
domagać. Tylko jak to zrobić?
Pisząc to, żałośnie się uśmiecham, bo chyba sam w to nie
wierzę.
Ale cóż, idźmy w to dalej, może jednak. Czasami mała iskra
wystarczy, by zapłonął las.
Tak więc ta świadomość nie spadnie z nieba.
Nie wystarczy napisać na okładce komiksu „bez AI” i uznać sprawy za załatwioną, choć obecnie sami tak robimy w komiksach wydawanych przez nas, przez Wydawnictwo Fikoty. Wdrukowujemy stronę, która pokazuje proces twórczy, z komunikatem mówiącym o niekorzystaniu z AI. I też dochodzę do wniosku, że to jednak mało.
Dla większości ludzi taki napis czy komunikat może dziś
znaczyć mniej więcej tyle, co informacja, że komiks powstał w pokoju
pomalowanym na zielono. Niby ciekawostka, ale dlaczego miałaby wpływać na
decyzję zakupową?
To my musimy zbudować znaczenie tego komunikatu, nadać mu zasięg i siłę!
Trzeba pokazywać, jak naprawdę powstaje komiks. Nie tylko
efekt końcowy, ale całą robotę. Szkice, poprawki, zmiany kadrów, godziny
spędzone nad mimiką postaci. Trzeba pokazywać człowieka, a nie tylko gotowy
produkt.
Czytelnik, ale też inwestor, musi zrozumieć, że styl nie
jest filtrem. Że narracja obrazem nie polega na wpisaniu kilku zdań do okienka.
Że rysownik czy scenarzysta nie są przeszkodą stojącą między pomysłem a gotowym
komiksem, tylko są kluczem do jego powstania i nadania mu wartości w każdym
znaczeniu.
Brzmi jak banał? Bo niby przecież już tak robimy? Tak
robimy, pokazując proces i zaplecze sobie nawzajem. Chwaląc się warsztatem,
doświadczeniem w naszym hermetycznym środowisku. Nawzajem karmiąc nasze własne,
ciągle głodne pochwał ambicje i ego. No co się krzywicie, nie bądźmy
hipokrytami, każdy z nas chce nagrody za to, co robi. Czy to w postaci siana,
czy zwykłej pochwały, od czytelnika czy kolegi z branży. Ale pamiętajcie o tym,
że tysiące ludzi, którzy kupują masowo komiksy w Empiku czy w księgarniach internetowych,
nie mają pojęcia o tym, jak one powstają i co sprawia, że ten czy tamten tytuł
jest tak zajebisty.
I tu zaczyna się prawdziwa robota.
Trzeba budować społeczność, która sama będzie pytać: kto to
narysował? Jak powstały ilustracje? Czy wykorzystano AI? Nie dlatego, że ktoś
kazał jej bojkotować technologię, ale dlatego, że pochodzenie obrazu stanie się
dla niej częścią wartości publikacji.
Coś, co jeszcze nie tak dawno było oczywiste dla każdego
fana komiksu, dzisiaj młodemu pokoleniu odbiorców i inwestorów trzeba na nowo
wbić do głów.
Oczywiście zawsze znajdzie się ktoś, kto powie, że liczy się
tylko efekt. No pewnie, że się znajdzie.
Ale pamiętajcie, że liczy się tylko efekt, dopóki wszystkie
efekty nie zaczynają wyglądać tak samo. Wtedy nic już nie zachwyca, wszystko
powszednieje, a coś, co cieszyło, staje się nijakie i bezwartościowe.
Będzie szybko i tanio. Czyli co? Sukces, psia mać!
Nie wiem, czy przeciętny czytelnik dziś wybierze komiks
ręcznie rysowany tylko dlatego, że stworzył go człowiek. Podejrzewam, że często
nie, i to mnie przeraża.
Wiem za to, że jeżeli twórcy i wydawcy nie zaczną o tym
mówić mądrze i konsekwentnie, za kilka lat nikt już nie będzie widział powodu,
żeby w ogóle zadawać to pytanie, nie będzie o co pytać.
A wtedy nie przegramy z AI dlatego, że było lepsze.
Przegramy dlatego, że nie chciało się nam w porę pomyśleć i
zawalczyć.
Pozdrawiam: Paweł Błoński - Studio grafiki i ilustracji




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Będę bardzo wdzięczny za każdy konstruktywny komentarz lub pytanie, na które z chęcią odpowiem. Natomiast jeżeli jesteś "heiterem" to szkoda twojego czasu, po prostu skasuję twoje wypociny.