Przeprowadzka na Mazury i nowy projekt - fikoty.

Dużo się działo, ogromnie się działo. Tyle się działo, że sam nie wiem, od czego zacząć, ale od czegoś trzeba. A zatem. Przeprowadziliśmy się na Mazury! Spełniliśmy nasze ogromne marzenie wyprowadzki z Podkarpacia, ze smutnej wioski pod Przemyślem i znalezienia swojego miejsca na ziemi. Wiem, chwalić się to nie ładnie jest i w ogóle, ale chociaż trochę muszę, bo oszaleje. Jeżeli kogoś interesuje to, jak i po co, gdzie i z jakiego powodu, to zapraszam na przygodę rysownika pod tytułem: "Przeprowadzka".

Mieszkaliśmy w dość ciężkich warunkach. Pisałem o tym między wierszami w kilku artykułach na blogu, ale jak się mnie zapytacie, w których konkretnie, to przyznaję się bez bicia, że nie pamiętam.

Bardzo dużo się zmieniło od momentu, kiedy założyliśmy firmę. Był to nasz pierwszy krok na nieznane tereny. Zdaliśmy sobie sprawę z tego, że otwierają się przed nami duże możliwości i tak naprawdę wszystko, co musimy zrobić, to pracować i mieć odwagę stawiać kolejne kroki do przodu. Tak też zrobiliśmy... Postanowiliśmy, że musimy się wyprowadzić, bo nasze miejsce zamieszkania dosłownie zabijało nas psychicznie. Słowo się rzekło - wyprowadzamy się! A jak już się wyprowadzać, to na grubo. Nasza praca daje nam takie właśnie możliwości. Absolutnie nic nie trzyma nas w danym miejscu. Rysować, co tyczy się mnie i pisać, co tyczy się mojej Żony, można z każdego miejsca, jakie tylko sobie wymyślimy, albo z każdego w naszym zasięgu. 

Wyprowadzamy się! Ale dokąd? Po wcale nie tak długich rozmowach padło, że Mazury. Mazury, na których nigdy wcześniej ani razem, ani osobno nie byliśmy. O których nie wiemy nic oprócz tego, że wszyscy nazywają je najpiękniejszym regionem Polski. To Mazury mają stać się naszym nowym domem. To na Mazurach musimy teraz szukać domu, który będzie nas stać kupić. A jak na Mazurach, to nad jeziorem. No dom musi być nad jeziorem, w przeciwnym wypadku jaki ma to sens. Nie chcę mieszkać na Mazurach i nie mieć swojej linii brzegowej, nie mieć z okna widoku na jezioro. Czy to jest możliwe? Ta myśl tak samo jak nas fascynowała, tak w pewnym sensie nas przerażała. Ogrom przedsięwzięcia, na jakie się porywamy, odległość, kasa, zmiana wszystkiego. Challange jak jasna cholera! Przecież nikt o zdrowych zmysłach nie rzuca wszystkiego i nie podejmuje się - rzec by można - niemożliwego. Nie wyprowadza się w nieznane, z dala od znajomych, rodziny, przyjaciół itd. No nikt normalny. Ale czy dwoje artystów to norma? No nie. 

Rzeczywistość. Każdy z naszych przyjaciół, znajomych, rodziny na co dzień jest, był pochłonięty pracą i własnym życiem i codziennymi obowiązkami. Widywaliśmy się tak rzadko, że uwierzcie mi, teraz widujemy się częściej, choć dzieli nas 600 km. Jak to jest możliwe? A tak, że naszym szalonym ruchem zburzyliśmy stabilny układ, który od lat gdzieś tam się po cichu uformował w gronie ludzi nam bliskich i dalszych. Każdy wiedział jak jest i każdy patrzył w swoją stronę, przy czym nikt nie robił nic, czego byśmy się nawzajem po sobie nie mogli spodziewać. A teraz wszyscy, którzy nas znają, zobaczyli, co można, że w ogóle można i że wcale nie trzeba wiele, by coś zmienić. Zanim jednak sobie to uświadomili, to wszyscy jednym zgodnym chórem zdawali się krzyczeć - czy was do reszty poj#$&*@?! Uwierzcie mi, nie dodawało to siły i wiary w to, że nam się uda i jeżeli czytasz to teraz, przyjacielu czy kolego mój jeden z drugim, niech wam będzie głupio, bo podcinaliście nam skrzydła, zamiast wspierać. Ale wiedzcie też, że nie mamy nikomu za złe, bo taka jest ludzka natura. Niestety podświadomie czekamy, żeby ktoś się potknął i nic na to nie poradzimy.

I tak, nie bacząc na "wsparcie", zrealizowaliśmy nasz mały plan. Nie będę was zanudzał całą historią o poszukiwaniu domu, o tym jak czystym przypadkiem znaleźliśmy nasz idealny dom w cudownym miejscu. Po środku lasu, w małej osadzie letniskowej, nad samym jeziorem. Tak, dokładnie! Mamy swój upragniony kawałek linii brzegowej z pomostem. Otoczeni obszarem chronionym Natura 2000, w Strefie Ciszy i w sercu Puszczy Napiwodzko-Ramuckiej czujemy się jak na innej planecie. Co ważne, nie dotyka nas agresywna turystyka, z którą mają kontakt mieszkańcy mniej chronionych miejsc na Mazurach. Naprawdę nie mogliśmy trafić w lepsze miejsce... A więc odhaczone. Marzenie spełnione, jesteśmy tu. I co dalej? 

Nikogo nie znaliśmy, ale poznaliśmy i daliśmy się poznać. Nic albo raczej bardzo niewiele wiedzieliśmy o jeziorze, zwyczajach i o tym jak obcować z cokolwiek inną naturą niż ta, do której byliśmy dotychczas przyzwyczajeni. Uczymy się od starszych miejscowych mieszkańców. Od doświadczonych wędkarzy i rybaków, którzy znają jezioro jak własną kieszeń. Miejscowi artyści ułatwiają nam dostrzec to, czego nie widać na pierwszy rzut oka. Zdobywamy wiedzę, obserwujemy, słuchamy i też opowiadamy swoją historię. Jedni się dziwią, że z Bieszczad na Mazury, że jak to tak? Inni nie mogą pojąć, jak można wszystko zostawić i ruszyć za marzeniami. Ale nikt, absolutnie nikt nie jest tu negatywnie nastawiony. Możemy liczyć na prawdziwą pomoc i wsparcie sąsiadów i okolicznych mieszkańców. Nie czujemy się sami i odizolowani. Czujemy się u siebie, jesteśmy w domu. 

Niedawno, raptem kilka tygodni temu, zaczął kiełkować w nas pomysł, by stworzyć coś w naszym stylu, a przy okazji przysłużyć się jakoś naturze, bo wierzymy w to głęboko, że tak właśnie będzie.

Stworzyliśmy FIKOTY! Co to takiego? To ilustracje satyryczno-edukacyjne poruszające te ważne i te błahe sprawy z codziennego życia wędkarzy, jeziora i przyrody. Autorskimi ilustracjami będziemy rozśmieszać, bawić i skłaniać do refleksji. Będziemy również propagować dobre praktyki obcowania z naturą i uczulać na palące problemy, z jakimi borykają się Mazury. A uwierzcie mi, nie trzeba tu mieszkać długo, by problemy dostrzec. Tak więc zapraszamy na Fikoty na facebooku, a już niebawem także na stronę www.fikoty.pl

15 komentarzy:

  1. Jak to dobrze, że są ludzie, którzy prawdziwie wolni i odważnie realizują swoje marzenia, które nie są związane z tygodniowym wyjazdem na wakacje lub zakupami w Galerii:-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Paweł jestem pod wrażeniem, fajnie że tam jesteście i możecie się spełniać, ciekawa też cała historia, aczkolwiek patrząc co zostawiliście, gdzie mieszkaliście to moim zdaniem jedyny słuszny krok zrobiliście, a dla tych co tam zostali w wiosce pod Przemyślem niech dalej tkwią w swej myśli że jest tam pięknie. Hasta la vista ��

    OdpowiedzUsuń
  3. Dzień dobry. super tekst. Jestem dziennikarka Naszej Gazety Nidzickiej. Mam pytanie, czy Państwo mieszkaja nad jeziorem Omulew w powiecie nidzickim? Jeśli tak, to chciałabym zapytać, czy możemy opublikować w gazecie ten tekst? I poproszę o kontakt [email protected]

    OdpowiedzUsuń
  4. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
  5. Super decyzja, my też zamieniliśmy Warszawę na Mazury i to w tej samej chyba okolicy. Pozdrawiamy 🥰

    OdpowiedzUsuń
  6. Dom z artystyczną duszą. Artyści po artyście. Cóż można chcieć więcej.

    OdpowiedzUsuń
  7. Hej Paweł, świetna historia. Nie potrzebujecie zdjęć?

    OdpowiedzUsuń
  8. Ktos zapytal mnie czy szalenstwem nie jest jazda przez połowę polski po samochód jest wiecej warte poznanie ludzi nisz zmęczenie na trasie / takie tosty i atmosfera tylko z wami)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przez chwilę zastanawiałem się kto to napisał - Kluczem okazały się rzeczone tosty i dedukcja mojej Żony :) Michał pozdrawiamy serdecznie Ciebie i całą twoją turbo rodzinkę:) A Mazda niech wam dobrze służy i ciągnie kajaki mistrzów!

      Usuń
  9. Cieszę się bardzo, że wybraliście właśnie ten skrawek Mazur, który był/jest częścią również mojego życia. "Jest" - już bardziej z pewnej odległości ale... bywam. Myślę, że będziecie tu bardzo szczęśliwi. Do zobaczenia po sąsiedzku.

    OdpowiedzUsuń

Będę bardzo wdzięczny za każdy konstruktywny komentarz lub pytanie, na które z chęcią odpowiem. Natomiast jeżeli jesteś "heiterem" to szkoda twojego czasu, po prostu skasuję twoje wypociny.

TOP